Tydzień temu w kinach na całym świecie zaprezentowane zostały 23 minuty jednej z najbardziej oczekiwanych premier tego roku – Tron: Dziedzictwo. Jako maniacy nowoczesnych technologii oraz fani wersji z 1982, nie mogliśmy tego przegapić.
To, co od początku stanowić miało o wyjątkowości filmu, czyli efekty specjalne, zdecydowanie spełniło nasze oczekiwania: wyścigi, porwanie głównego bohatera oraz przede wszystkim fenomenalna walka na dyski… Wszystkie te sceny zachwycały dynamiką oraz szczegółowością, dzięki której widz miał wrażenie, że cyfrowy świat rzeczywiście istnieje. Obrazy dopełniała rewelacyjnie dobrana muzyka: Daft Punk, Journey czy ponadczasowe, idealnie wpasowujące się w klimat Sweet Dreams zespołu Eurythmics.
Gra aktorska nie powala na kolana – główny bohater nie wydaje się zdziwiony spotykającymi go wydarzeniami. Tym, co jeszcze można by zarzucić tej produkcji, są słabe dialogi i raczej kiczowata fabuła, jednak nie oszukujmy się: nikt nie chodzi na filmy akcji ze względu na wyszukane słownictwo. Niewątpliwym smaczkiem jest obecność w filmie Jeffa Bridgesa, który zarówno w tej, jak i w poprzedniej wersji Trona wcielił się w postać ojca głównego bohatera.
Na pokazie można było zobaczyć jedynie sceny z pierwszej połowy filmu, dzięki czemu widzowie nie zdołali poznać jego fabuły. Mimo to Tron: Dziedzictwo zdążył zaciekawić nas na tyle, że z pewnością pójdziemy do kina na jego pełną wersję.




1 komentarz do “Tron: Dziedzictwo – relacja z TRON NIGHT”
Z pewnością wybiorę się na ten film
szkoda tylko ze będzie w przyszłym roku :/